Syndrom sztokholmski narodził się z paradoksalnych reakcji zakładników podczas napadu na bank w 1973 roku.
- Termin pochodzi od napadu na Kreditbanken w Sztokholmie w sierpniu 1973 roku, który trwał sześć dni.
- Sprawcą był Jan-Erik Olsson, który wziął czterech zakładników i zażądał uwolnienia Clarka Olofssona.
- Uwolnieni zakładnicy, w tym Kristin Enmark, zaskoczyli wszystkich, broniąc porywaczy i odmawiając współpracy z policją.
- Nazwę "syndrom sztokholmski" ukuł szwedzki kryminolog i psychiatra Nils Bejerot, obserwując zachowanie ofiar.
- Jest to mechanizm obronny, w którym ofiara rozwija pozytywne uczucia wobec oprawcy, choć nie jest oficjalnie klasyfikowany jako choroba.
- Zjawisko to obserwuje się nie tylko w porwaniach, ale także w przemocy domowej czy mobbingu.

Skąd wzięła się nazwa "syndrom sztokholmski"? Kryminalna historia, która zdefiniowała pojęcie
Nazwa "syndrom sztokholmski" nie wzięła się znikąd. Jest ona bezpośrednim echem dramatycznych wydarzeń, które rozegrały się w Sztokholmie w sierpniu 1973 roku. To właśnie wtedy, w sercu szwedzkiej stolicy, doszło do napadu na bank Kreditbanken przy placu Norrmalmstorg. Sześć dni oblężenia, pełnych napięcia i niepewności, stało się nie tylko medialną sensacją, ale przede wszystkim punktem wyjścia dla zdefiniowania zupełnie nowego pojęcia w psychologii, które do dziś budzi dyskusje i fascynuje badaczy ludzkiej psychiki.
"Impreza się zaczyna! ": Dramatyczny początek napadu w sercu Sztokholmu
Był 23 sierpnia 1973 roku, gdy do oddziału Kreditbanken w Sztokholmie wtargnął Jan-Erik Olsson, zbiegły więzień, uzbrojony w pistolet maszynowy. Jego pierwsze słowa, rzucone w stronę przerażonych pracowników, "Impreza się zaczyna!", zwiastowały początek sześciodniowego koszmaru. Olsson wziął czworo pracowników banku trzy kobiety i jednego mężczyznę jako zakładników. Jego żądania były jasne: 3 miliony szwedzkich koron, samochód Ford Mustang oraz, co najważniejsze, uwolnienie z więzienia i sprowadzenie do banku jego kolegi, słynnego przestępcy Clarka Olofssona. Władze, stając w obliczu bezprecedensowej sytuacji, musiały podjąć trudne decyzje.
Sześć dni w bankowym skarbcu: Jak wyglądało oblężenie przy placu Norrmalmstorg?
Oblężenie Kreditbanken trwało od 23 do 28 sierpnia. Władze, chcąc uniknąć rozlewu krwi, zgodziły się na część żądań Olssona, w tym na sprowadzenie Clarka Olofssona do banku. Obecność drugiego przestępcy, choć początkowo budziła obawy, paradoksalnie przyczyniła się do pewnej "stabilizacji" sytuacji wewnątrz skarbca. Negocjacje trwały, a świat z zapartym tchem śledził rozwój wydarzeń. Ostatecznie, po sześciu dniach, policja zdecydowała się na interwencję. Do wnętrza banku wpuszczono gaz łzawiący, co zmusiło napastników do poddania się. Zakładnicy zostali uwolnieni, a wydawałoby się, że dramat dobiegł końca. Jednak to, co nastąpiło później, zaskoczyło wszystkich i na zawsze zmieniło postrzeganie psychiki ofiar.
Główni aktorzy dramatu: Kim byli porywacze i ich zakładnicy?
Aby w pełni zrozumieć genezę syndromu sztokholmskiego, warto przyjrzeć się bliżej głównym postaciom tego dramatu zarówno porywaczom, jak i ich zakładnikom. To ich wzajemne interakcje, często nieoczywiste, ukształtowały to psychologiczne zjawisko.Jan-Erik Olsson i Clark Olofsson: Przestępczy duet za murami banku
Jan-Erik Olsson, główny sprawca napadu, był wówczas zbiegłym więźniem z bogatą kartoteką kryminalną. Jego brawura i desperacja doprowadziły do rozpoczęcia oblężenia. Kiedy dołączył do niego Clark Olofsson, inny znany przestępca, którego uwolnienia Olsson zażądał, sytuacja nabrała nowego wymiaru. Olofsson, choć sprowadzony jako "pomoc" dla Olssona, odegrał kluczową rolę w interakcjach z zakładnikami, często pełniąc funkcję mediatora między nimi a bardziej impulsywnym Olssonem. To właśnie ta dynamika między dwoma porywaczami i ich ofiarami stała się przedmiotem wnikliwych obserwacji.
Kristin Enmark i pozostali zakładnicy: Od przerażenia do nieoczekiwanej sympatii
Wśród czworga zakładników trzech kobiet i jednego mężczyzny na pierwszy plan wysunęła się Kristin Enmark. To ona, wraz z pozostałymi, przeżyła sześć dni uwięzienia w bankowym skarbcu. Początkowy strach i przerażenie, naturalne w takiej sytuacji, z czasem zaczęły ustępować miejsca zaskakującej więzi. Zakładnicy, w obliczu ciągłego zagrożenia życia i całkowitej zależności od porywaczy, zaczęli doświadczać złożonych emocji. Zaczęli postrzegać swoich oprawców nie tylko jako zagrożenie, ale także jako jedynych ludzi, którzy mogą zapewnić im przetrwanie. Ta paradoksalna dynamika doprowadziła do rozwoju nieoczekiwanej sympatii, która zszokowała zarówno władze, jak i opinię publiczną.
Zaskakujący finał: Dlaczego ofiary broniły swoich oprawców?
Po zakończeniu oblężenia i uwolnieniu zakładników, świat spodziewał się, że będą oni chcieli jak najszybciej odciąć się od traumatycznych wydarzeń i pomóc w ukaraniu porywaczy. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna, a zachowanie ofiar stało się najbardziej zaskakującym i intrygującym aspektem całej historii.
Telefon do premiera i odmowa zeznań: Szokujące zachowania po uwolnieniu
Uwolnieni zakładnicy, zamiast współpracować z policją, odmówili składania zeznań przeciwko Janowi-Erikowi Olssonowi i Clarkowi Olofssonowi. Co więcej, zaczęli publicznie ich bronić, a nawet zbierać pieniądze na ich obronę prawną. Najbardziej szokującym przykładem tej postawy był słynny telefon Kristin Enmark do ówczesnego premiera Szwecji, Olofa Palmego. Podczas rozmowy, która była transmitowana na żywo, Enmark wyraziła swoje zaufanie do porywaczy i stwierdziła, że czuje się bezpieczniej z nimi niż z policją. To wydarzenie zszokowało opinię publiczną i zmusiło do refleksji nad psychiką ofiar.
"Bardziej bałam się policji": Jak Kristin Enmark stała się twarzą syndromu
Słowa Kristin Enmark, że "bardziej bała się policji" niż porywaczy, stały się symbolem nowo odkrytego zjawiska. Jej silna więź z porywaczami, a zwłaszcza z Clarkiem Olofssonem, z którym później utrzymywała kontakt, była dla wielu niezrozumiała. Enmark publicznie wyrażała wdzięczność porywaczom za to, że ich nie skrzywdzili, a nawet za to, że byli dla niej "mili". Jej postawa, choć dla wielu kontrowersyjna, stała się kluczowym elementem w analizie psychologicznej tego, co później nazwano syndromem sztokholmskim. Jej przypadek pokazał, jak w ekstremalnych warunkach psychika człowieka może wykształcić mechanizmy obronne, które na pierwszy rzut oka wydają się całkowicie irracjonalne.

Narodziny terminu: Jak psychiatra Nils Bejerot nadał nazwę temu zjawisku?
To, co dla opinii publicznej było szokujące i niezrozumiałe, dla jednego człowieka stało się przedmiotem wnikliwej analizy. To właśnie dzięki jego obserwacjom i pracy termin "syndrom sztokholmski" na stałe wszedł do słownika psychologii.
Rola eksperta podczas kryzysu: Obserwacje, które zmieniły psychologię
Kluczową postacią w procesie nazywania tego zjawiska był Nils Bejerot, szwedzki kryminolog i psychiatra. Bejerot pełnił funkcję eksperta współpracującego z policją podczas całego napadu na Kreditbanken. Miał on bezpośredni dostęp do informacji o przebiegu oblężenia oraz do obserwacji zachowań zakładników i porywaczy. To właśnie jego wnikliwe spostrzeżenia dotyczące paradoksalnej więzi, która wytworzyła się między ofiarami a ich oprawcami, doprowadziły do sformułowania nazwy dla tego unikalnego zjawiska. Bejerot zauważył, że zakładnicy, zamiast nienawidzić swoich oprawców, zaczęli okazywać im empatię, a nawet bronić ich przed interwencją policji.
Od medialnego hasła do pojęcia naukowego: Jak termin przyjął się na świecie?
Nils Bejerot po raz pierwszy użył terminu "syndrom sztokholmski" w mediach, opisując zachowanie zakładników po ich uwolnieniu. Było to określenie, które idealnie oddawało paradoksalną naturę zaobserwowanych reakcji. Dzięki jego autorytetowi i klarownemu wyjaśnieniu, termin ten bardzo szybko został podchwycony przez media, a następnie zyskał uznanie w środowisku psychologicznym na całym świecie. Stał się on ważnym pojęciem naukowym, które pomogło zrozumieć i sklasyfikować podobne zachowania w innych sytuacjach ekstremalnych, wykraczających poza kontekst porwań.
Czym dokładnie jest syndrom sztokholmski? Psychologiczne mechanizmy przetrwania
Po zrozumieniu historycznego kontekstu, nadszedł czas, aby zdefiniować, czym dokładnie jest syndrom sztokholmski z perspektywy psychologicznej. To złożone zjawisko, które wykracza poza proste reakcje na zagrożenie.
Więź z oprawcą jako strategia obronna: Na czym polega ten paradoks?
Syndrom sztokholmski to nic innego jak mechanizm obronny, w którym ofiara, znajdująca się w sytuacji ekstremalnego zagrożenia życia i całkowitej zależności od oprawcy, rozwija pozytywne uczucia wobec niego. Paradoks polega na tym, że w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa, psychika ofiary może wytworzyć silną więź emocjonalną z osobą, która to zagrożenie stwarza. Celem tej nieświadomej strategii jest zwiększenie szans na przetrwanie. Ofiara zaczyna postrzegać oprawcę jako swojego "opiekuna", który decyduje o jej życiu i śmierci, a jego łaskawość staje się jedyną nadzieją. Zaczyna identyfikować się z agresorem, a nawet internalizować jego punkt widzenia, co jest próbą zredukowania lęku i poczucia bezradności.
Kluczowe symptomy: Jak rozpoznać syndrom sztokholmski?
Na podstawie obserwacji zakładników z Kreditbanken oraz późniejszych badań, zidentyfikowano kilka kluczowych symptomów syndromu sztokholmskiego:
- Pozytywne uczucia wobec porywacza: Ofiara zaczyna odczuwać sympatię, wdzięczność, a nawet miłość do swojego oprawcy, często ignorując lub minimalizując jego brutalne działania.
- Negatywne uczucia wobec władz: Zakładnicy często rozwijają nieufność, a nawet wrogość wobec policji, negocjatorów czy innych służb ratunkowych, postrzegając ich jako zagrożenie dla siebie lub dla porywacza.
- Odmowa współpracy z organami ścigania: Po uwolnieniu ofiary mogą odmawiać składania zeznań, bronić porywacza lub celowo utrudniać śledztwo.
- Idealizowanie porywacza: Ofiara może idealizować oprawcę, przypisując mu pozytywne cechy, nawet jeśli obiektywnie jest on brutalnym przestępcą.
- Brak zdolności do ucieczki: Mimo nadarzających się okazji, ofiara może nie podjąć próby ucieczki, często z obawy przed konsekwencjami lub z powodu wykształconej więzi.
Czy syndrom sztokholmski to oficjalna choroba? Status w dzisiejszej psychiatrii
Choć termin "syndrom sztokholmski" jest powszechnie znany i używany, jego status w oficjalnych klasyfikacjach medycznych i psychiatrycznych jest nieco bardziej złożony. Warto to wyjaśnić, aby uniknąć nieporozumień.
Brak w klasyfikacjach DSM i ICD: Dlaczego budzi kontrowersje?
Ważne jest, aby zaznaczyć, że syndrom sztokholmski nie jest oficjalnie klasyfikowany jako choroba psychiczna w głównych systemach diagnostycznych, takich jak DSM-5 (Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders) Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego czy ICD-11 (International Classification of Diseases) Światowej Organizacji Zdrowia. Nie oznacza to jednak, że zjawisko to jest ignorowane. Jest ono uznawane za poważny stan psychiczny i specyficzny mechanizm obronny, który może pojawić się w ekstremalnych sytuacjach. Brak oficjalnej klasyfikacji budzi czasem dyskusje w środowisku medycznym i naukowym, jednak większość ekspertów zgadza się, że jest to realna i znacząca reakcja psychologiczna, zasługująca na uwagę i dalsze badania.
Przeczytaj również: Syndrom Otella: Alkoholizm, urojenia, przemoc. Jak się chronić?
Nie tylko porwania: Gdzie jeszcze obserwuje się to zjawisko w codziennym życiu?
Choć syndrom sztokholmski narodził się w kontekście porwania, jego mechanizmy psychologiczne są znacznie szersze i mogą być obserwowane w wielu innych, często mniej oczywistych sytuacjach. Podobne wzorce zachowań, choć zazwyczaj w łagodniejszej formie, można dostrzec w relacjach, gdzie występuje przemoc domowa (ofiara broni oprawcy), w przypadkach molestowania dzieci (dziecko broni agresora), w sytuacjach mobbing w miejscu pracy (pracownik idealizuje toksycznego przełożonego), czy też w sektach, gdzie członkowie rozwijają silną lojalność wobec przywódcy, mimo jego destrukcyjnego wpływu. Możemy go również zauważyć w relacjach z wykorzystaniem, gdzie jedna strona dominuje nad drugą, a ofiara, z różnych powodów, nie potrafi się od niej uwolnić, a wręcz usprawiedliwia jej działania. Szacuje się, że syndrom ten dotyczy około 5% ofiar przetrzymywanych przez sprawcę, co pokazuje, że choć nie jest uniwersalny, to jednak stanowi istotną reakcję na traumę.